Organizacja Pożytku Publicznego, Adopcja kotów - Wrocław
Login:
Hasło:

Kot na działce

Podjadacz działkowy

Na każdych ogródkach działkowych żyją koty, prawie każdy z nas je widział, czy u siebie, czy będąc z wizytą. Czasami podchodzą, a jak dobrze trafią, to dostaną kiełbaskę z grilla. Te odważniejsze zostaną nawet pomiziane za uchem. Ile osób zastanawiało się co się z nimi dzieje zimową pora, jak dają sobie radę? Łapią myszki? Czy może na zimę wędrują do ciepłych krain, mlekiem i mięskiem płynących?

Tekst i foto: Edyta Turowska

Jak to dawniej było

Przez całą moją młodość koty przychodziły na działkę. Specjalnie się wtedy nad tym nie zastanawiałam. Zbieraliśmy w domu resztki z obiadu i gdy tylko otwieraliśmy furtkę działkową, pojawiały się koty. Znienacka, jak komandosi, cichutko i o właściwej porze. Skąd koty wiedzą, że pora jest właściwa?

Najedzone koty mruczały przyjaźnie, dziękowały i prosiły o kolejną wizytę. Z wiosną pojawiały się małe kotki, jakie one były śliczne... Pytałam rodziców: "Co z nimi będzie potem?" a oni odpowiadali: "Nic, dorosną i pójdą na swoje działki...". Pamiętam, że ojciec woził zimą kotom zupę w termosie, a ludzie się śmiali. Nie oglądałam kotów zimą, w zimie na działkę? Bez sensu. Skoro pojawiały się wiosną, to znaczy, że żyją.

Moje własne koty

Kilka lat temu w naszym domu pojawił się kot Sylwester. Jako kot wyjąco-drapiący został szybko przystosowany do szelek i spacerów. Najpierw zaliczaliśmy tereny spacerowe wokół domu, a wraz ze zmianą miejsca zamieszkania zaczęłam odwiedzać ojcowiznę, czyli działkę.

Sylwester na smyczy

Sylwester rozróżnia klucze i jak biorę te od działki, robi "plask" na drzwi i bez kota wyjść nie można. Działka dla kota Sylwestra jest najlepszym miejscem na świecie. W wolny dzień jedziemy już rano, biorę wałówkę, dla każdego według gustu i rozpoczynamy prace polowe.

Sylwester zostaje "zapalikowany" (czyli pozostając na smyczy jest przypięty do wkręconego w ziemię palika, który można kupić w sklepie zoologicznym z przeznaczeniem dla psów) i zajmuje się łapaniem motyli, mrówek i pająków, usiłuje nawet zapolować na ptaszki, ale na to już mu nie pozwalam.

Widok kota na postronku (5 metrów smyczy wystarczy) ściągnął do nas sąsiadów i zamiast śmiechów usłyszałam: "Jak on piękny, jaki mądry ( tego nigdy nie zrozumiem) i jak grzecznie siedzi!". Szybko okazało się, że większość działkowców ma rozmaite własne zwierzątka w domu i łaskawym okiem spoziera na te cudze i bezpańskie.

Mój ojciec się śmieje, że kot na smyczy to wstyd i hańba. Na dodatek Sylwester ma fanów, którzy przychodzą do nas przywitać się z kotem, pomiziać, i idą dalej. Ojciec twierdzi, że w oczach Sylwestra widzi tęsknotę za wolnością. No i jak to bywa, Sylwester raz potwierdził tę "tęsknotę". Zniknęłam na dłużej w altance i usłyszałam przeraźliwe wycie kota, wystawiam głowę, co się dzieje? Kot przypięty, nic złego, no dobra kończę sprzątanie altanki. A tu z zewnątrz dochodzi głośnie "Auuu aaaaaaauuu !!!!!" Cicho tam kocie, co się awanturujesz? I dopiero wtedy zrozumiałam kocią mowę: "Auuuuuu nie znikaj mi, wiesz, że kocham być na działce, ale ciebie bardziej kocham, ratunku, nie zostawiaj mnie, auuuuu, jaki jestem nieszczęśliwy !!!!!!" Oj mój kochany kotek, został wycałowany, wylizał mi uszy, już nigdy nie zostawię cię samego.

Od tego dnia prace na działce polegają na tym, że Sylwestra trzeba przepalikować zależnie od tego, który kawałek ziemi obrabiam. Kot leży w trawie, sapie z radości i zawsze lekko zezuje, czy na pewno jestem na widoku.

Czasem przechodzą obok sąsiedzi z psami, a Sylwester na to: "Ooo pies? Eeee pies". Psy reagują inaczej: "Ooo kot! O o nie ucieka, to sobie go złapię! Ooo, kocia melodia, dalej nie ucieka, eeee może lepiej pójdę dalej..."

Koty na działkach

Kiedy pojawił się w moim życiu Sylwester, wychuchany, całowany, szczepiony, na dobrej karmie, regularnie odrobaczany, wtedy zabrzęczało mi w głowie: A CO Z KOTAMI NA DZIAŁCE?! Czy one są inne? Nie potrzebują tych szczepień? Chodzą mniej głodne? Może nigdy nie chorują?

Szybko zmajstrowałam kocią stołówkę i jeszcze szybciej pojawiły się w niej głodne koty. Te koty nie jadły, one dusiły się, żeby szybko zjeść ile tylko można. Pierwszy raz widziałam, jak kot zjadł pół kilo karmy za jednym podejściem.

Tak oto koty zagościły na mojej działce. No i pojawiło się pytanie: skoro zagościły, czy liczą tylko na mnie? Czy jak nie będę mogła przyjść, to będą głodne? Czy jestem za nie odpowiedzialna? Z racji posiadania Sylwestra, kota działkowicza, nawiązały się relacje z innymi karmicielami. Uff, nie jestem sama.

Wraz z karmicielami pojawiły się opowieści, jakie tu koty przychodzą, ile z tych kotów wzgardziło wolnością i wiatrem w futrze i poszło ze swoimi ludźmi do ich domów. Po jakimś czasie zaczęłam rozróżniać "moje koty". Jest kot dziadek, który na widok suchej karmy zapłakał i popatrzył na mnie tęsknie, więc dla dziadka kupowałam saszetki. Jest i podszywany rudym, który nie chce jeść jak jestem obok, ale sam podchodzi do mnie, jak już się naje. Poociera się i szybko biegnie dalej. Jest też kot buras, bardzo towarzyski - lubi hałas i siada sobie, blisko, żeby popatrzeć na grilla i ludzi.

Większość z tych kotów nie może nadziwić się Sylwestrowi, co z tym kotem? Buras podchodzi do Sylwestra, siadają na przeciwko siebie jakieś 1,5 metra i potrafią tak godzinę "nie patrzeć na siebie". Głód dodaje odwagi. Obce koty szybko zauważyły, że Sylwester nie stanowi żadnego zagrożenia, ot najwyżej powącha kawałek ogona, no i czasem wyje: "Uuuuu wyjadają karmę, a ja nie jadłem juz 30 minut !!! uuuuuu".

Ludzie są źli

- O, pani kochana, kiedyś tu było kotów, ktoś je mordował, truł i wrzucał nam za płot. Pochowaliśmy te koty...
- Kilka kotów zginęło bardzo okrutną śmiercią. Altankę nam podpalali, za karmienie zwierzaków.

Na działkach szybko pojawiło się pismo naszej Fundacji, przypominające o konsekwencjach takiego postępowania. Mordowanie zwierząt nikomu nie ujdzie bezkarnie. Obiecujemy! Sąsiadka jedna i druga też nie afiszuje się z dokarmianiem kotów, miseczki stoją z boku, po co kusić truciciela. W błyskawicznym tempie koci morderca zawiesił swoją działalność. Czyli działkowiec. Młodociany satanista raczej nie wzruszyłby się tablicą z obwieszczeniem. Przykre...

Musi być lepiej

Nasza Fundacja, choć mizerna w swojej wielkości, zajmuje się przede wszystkim sterylizacją kotów. Właśnie po to, żeby nie cierpiały głodu, żeby nie potrzebnie się nie mnożyły, żeby nie umierały powoli i w cierpieniu. Koty zapadają na wiele śmiertelnych chorób. Głód i zimno nie pomagają im w szczęśliwym i długim życiu.

Nie łapiemy dzikich kotów żeby unieszczęśliwiać je trzymaniem w domu. Takie koty sterylizujemy i wypuszczamy z powrotem. Małe kocięta mają większe szanse na dom, więc są łapane, leczone, odchowywane, uczone czystości i życia z człowiekiem, po czym szukamy im własnego, odpowiedzialnego właściciela. Nie oznacza to jednak, że dorosły kot z działek nie ma szans na dom. Jeśli trafiamy na zwierzę, które bardzo garnie się do ludzi, po którym widać, że kiedyś mogło być domowe, a na dwór przygnał je nieszczęśliwy koci los, to takiemu futerku również staramy się zorganizować adopcję.

Z działek pochodzi wiele wyadoptowanych przez nas zwierząt, jak choćby Śnieżynka zwana Małą, mieszkająca w Gliwicach, piękny długowłosy Puchatek, który dziś ma kochający dom w Zielonej Górze, czy też mała tricolorka Tris, rozpieszczana w swym domu w Katowicach. Kot z działek to też często "kot do adopcji".

Dobrzy ludzie są i będą zawsze. Na szczęście wśród działkowców jest sporo karmicieli, ale ilu z nich pojawi się KAŻDEGO zimowego dnia z miską karmy? Ilu z nich było dzień w dzień, gdy temperatura spadła poniżej -20 stopni.

Tego lata udało mi się np. dwa razy odrobaczyć koty. Poprosiłam sąsiadkę, żeby schowała miski, bo głodne koty nie pogardzą gorzką od lekarstwa karmą. Dwa koty udało mi się też odpchlić, zanim obraziły się na mnie bardzo. Zaufanie kota działkowego buduje się długo. Niektóre uciekały, gdy brałam łopatę do ręki. Czyżby doświadczenie?

Wielu działkowców nawet chwali się, że przychodzą do nich koty. Lubią je karmić, tylko co, jeśli po 2 latach zamiast przemiłych czterech kotów przychodzi 28? To jest niewyobrażalna liczba, mnie nie stać na karmienie 28 kotów. Ale niestety takie są realia. Jedna niewysterylizowana kotka, to, przy sprzyjających warunkach, kolejnych 10 kotów na przestrzeni roku. Warto to sobie uświadomić...

Pamiętajmy

Pamiętajmy o kotach na działkach, pamiętajmy i wiosną i latem i mroźną zimą. To nie są tygrysy, to mocno udomowione zwierzęta, które bez nas nie przeżyją. Potrzebują regularnego dokarmiania, odrobaczenia, gryzą je pchły i kleszcze. Potrzebują też schronienia, które często mogłyby znaleźć w naszej działkowej altance. Ich życie i tak będzie krótsze od życia wychuchanych domowych pupili.

Podjadacz staruszek

Co jest dla nich najważniejsze, prócz regularnie dostarczanego jedzenia? Odpowiedź jest jedna - STERYLIZACJA. Pomyślmy o niej nie w kategoriach krzywdzenia czy okaleczania zwierząt (co z resztą jest poglądem zupełnie niezgodnym z prawdą), ale pomocy, humanitarnego sposobu na zmniejszenie kociego cierpienia. Czy kotka na prawdę musi dwa razy do roku rodzić mioty po 5 - 8 kociąt? Czy później, wycieńczona i często głodna, ma szukać dla maluchów pożywienia, polując ponad własne siły?

I czy na prawdę ma patrzeć, jak jej maleńkie dzieci umierają z powodu chorób, zimna, lub głodu, bo nie wystarczyło pokarmu dla wszystkich? Albo, co gorsze, czy ma obserwować, jak jakiś "człowiek" zabierze jej kocięta, aby "skrócić ich cierpienia" w wiadrze z deszczówką?

Jeśli nawet maluszki uda się odchować, to co z nimi? Ile z nich będzie skazanych na kolejne cierpienia? Ile zginie w męczarniach z powodu zjedzonej trutki? Ile wpadnie pod samochody na okolicznych drogach? Czy tak ma wyglądać szczęśliwe kocie życie?

A może lepiej dla nich, żeby nigdy się nie urodziły?

Dlatego apeluję jeszcze raz - pomyślmy o sterylizacji. Jeśli to dla nas za trudne lub zbyt kosztowne poszukajmy pomocy. Po to właśnie są takie fundacje jak Kocie Życie.

Jeżeli sami nie możemy bezpośrednio pomóc działkowym kotom, to zawsze mile widziana jest każda garść karmy i parę złotych, które wolontariusze zbierają w Fundacji właśnie na takie cele.

Sami zróbmy niewielką dziurkę w altanie, żeby w mroźną lub deszczowa noc kot mógł rozgrzać zziębnięte kości. A jeśli nie mamy działki, to spróbujmy namówić do tego jakiegoś znajomego działkowca.

Tak niewiele trzeba, żeby pomóc...

Czy na pewno chcielibyśmy żyć w świecie bez kotów?