Organizacja Pożytku Publicznego, Adopcja kotów - Wrocław
Login:
Hasło:

Maruda - kot z szansą

Nie każdy kot jest miły od pierwszego dnia. Nie każdy się przytula, mruczy i śpi w naszym łóżku. Ale każdy zasługuje na to, aby dostać swoją szanse na lepsze życie...

Tekst i Foto: Małgorzata Biegańska-Hendryk oraz Pani Kasia 9 maja 2011

Przed złapaniem

Maruda była dzikim kociakiem jakich wiele na okolicznych podwórkach i osiedlach. Urodziła się późnym latem 2010 roku na tyłach zapomnianego ogrodu jako jedna z czwórki rodzeństwa. Kociaki miały bardzo ostrożną mamusię, która wiele wysiłku wkładała w to, aby nauczyć swoje dzieci nieufności do człowieka. Zapewne sama miała złe doświadczenia z okolicznymi mieszkańcami. Z tego powodu odławianie małych kotów do leczenia i adopcji szło mi bardzo opornie. Maruda była tym ostatnim złapanym maluchem. Miała wówczas prawie 4 miesiące i wcale nie była przyjaźnie nastawiona do ludzi...

Pierwsze dni były bardzo ciężkie. Mała siedziała w klatce, syczała i warczała, tylko widok innych kotów nieco ją uspokajał. Moje wszelkie próby oswajania czy przekupstwa jedzeniem nie dawały efektów, kotka odmawiała zabaw ze mną, na widok ręki jeżyła się cała i wbijała w kąt klatki. Taka czarna przestraszona kulka pełna złości.

Było mi jej żal, nie chciałam aby wciąż siedziała w klatce jak więzień. Dlatego po kilku dniach zdecydowałam, że trzeba ją wypuścić i pozwolić swobodnie biegać po mieszkaniu. Liczyłam, że Maruda, obserwując nasze pozostałe koty, przełamie się i zacznie naśladować ich zachowanie, a przynajmniej przestanie umierać ze strachu na nasz widok. Niestety przeliczyłam się. Po wypuszczeniu kot zamieszkał pod kanapą i praktycznie w ogóle stamtąd nie wychodził. Jedynie wieczorami albo w nocy Maruda przemykała jak cień do miski lub do kuwety. Lubiła inne koty, ale na nas nadal reagowała alergicznie.

W domu tymczasowym

Mijały kolejne tygodnie, kotka rosła, a ja nie widziałam żadnych postępów w jej socjalizacji. Jak więc znaleźć dom kotu, który się nie oswaja? Kto zechce taką kicię? Zaczęłam już nawet powoli myśleć, że Maruda zostanie z nami na zawsze. Ale kto nie spróbuje, ten nigdy nie przekona się czy miał rację. Dlatego przed Bożym Narodzeniem wystawiłam Marudzie ogłoszenie. Bez specjalnego przekonania i wiary w sukces.

Gucio

Na kilka dni przed Sylwestrem zadzwoniła Pani Kasia. Niezwykle miła osoba, zainteresowana zaadoptowaniem kociczki. Starałam się postawić sprawę jasno od początku. Tłumaczyłam, że Maruda się nie mizia, nie przytula, jej największa styczność z człowiekiem ogranicza się do tego, aby czasem zajrzeć na łóżko, kiedy leżę nieruchomo pod kołdrą i czytam książkę. Pani była niezrażona. Opowiedziała mi o swoim kocurku Guciu, który przez półtora roku z zapamiętaniem zasikiwał jej mieszkanie, a ona się nie poddała i przewalczyła korzystanie z kuwety. Powiedziała, że chce spróbować! Umówiłyśmy się na Święto Trzech Króli.

Kiedy Pani Kasia przyjechała po kotkę, Maruda dała największy popis agresji na jaki było ją stać. Przy próbie wsadzenia do transportera pogryzła mnie tak dotkliwie, że umowa adopcyjna kotki była dosłownie pieczętowana krwią - moją... Byłam pewna, że Pani zrezygnuje, bo kto chciałby brać do domu dziką dzicz. Ale Pani Kasia była nadal nieugięta.

Po dwóch dniach dostałam telefon: kot nie je, nie pije, nie wychodzi spod szafy. Pomyślałam sobie "No to pięknie...". Ale Właścicielka nadal chciała walczyć o swoją kotkę. Pojechałam z klatką, feromonami, karmą uspokajającą. Wydobyłyśmy kotkę spod szafy i wsadziły do tej samej klatki, w której Maruda spędziła swoje pierwsze dni, ale tym razem rozstawiłam ją u Pani Kasi w mieszkaniu. Wmusiłam w kotkę trochę mokrej karmy, potrzymałam na kolanach, mówiłam do niej, głaskałam.

I nagle w kocie coś przeskoczyło... Maruda z miejsca poszła do kuwety, zaczęła mruczeć, przymilać się i pokazywać brzuszek. Opiekunce i mnie dosłownie opadły szczęki. To nie był ten sam kot!!! Od tej chwili Maruda zaczęła swoją wielką przemianę. Po tygodniu można było zlikwidować klatkę (która i tak przez większość czasu stała zupełnie otwarta). Po kolejnych kilku dniach Pani Kasia zrezygnowała ze stosowania feromonów. A kotka kwitła, otwierała się na człowieka, ładniała i zachęcała do zabaw, pieszczot, biegania. Zapraszała do harców swojego starszego kociego towarzysza, zaczepiała go i zagadywała. A Gucio dawał się wciągać w kocie pacanki.

Maruda w swoim domu

Od tamtych wydarzeń minęły ponad 4 miesiące. Ostatnio otrzymałam od Pani Kasi maila o następującej treści (fragment publikowany za zgodą autorki):

Gucio i Maruda

Z każdym dniem zachowanie Marudy zmieniało się na lepsze. Nadal jest kotkiem strachliwym, uciekającym przed obcymi. Ale kiedy siedzimy w znanym jej towarzystwie jest niesamowicie towarzyska i wesoła. Wszystkie zabawki w domu są wybawione przez Małą. Jest kotkiem pełnym energii, potrafi godzinami bawić się, biegać po mieszkaniu. Ma głowę pełną pomysłów na spędzenie każdego nowego dnia. Kiedy już się zmęczy odpoczywa na moich kolanach i mruczy domagając się głaskania. W ciepłe dni dużo czasu spędza na balkonie,łapie muszki, ogląda ptaszki. Z Guciem też się dogadała i czasem śpią razem przytuleni do siebie.

Każdego dnia cieszę się że jest ze mną. Jest bardzo kochanym i wdzięcznym Maleństwem. Chce Wam jeszcze raz bardzo podziękować za to że mogłam się nią zaopiekować.

Pozdrawiam Kasia

Dziś Maruda jest już po sterylizacji, ma bezpieczny dom i kochającą opiekunkę. I choć nic na to nie wskazywało, to jednak jest to niesamowicie budująca i pozytywna historia. Historia o tym, że każdy zasługuje na szansę aby normalnie żyć. Nawet ten, kto pozornie nie wygląda na zainteresowanego, aby z niej skorzystać...