Organizacja Pożytku Publicznego, Adopcja kotów - Wrocław
Login:
Hasło:

Donald - kot z Wielkiej Sowy

 

Kot z Zagórza Śląskiego

Kiedy jest się wolontariuszem Fundacji i prowadzi się Dom Tymczasowy dla chorych, porzuconych i niechcianych kociaków nawet najkrótszy wyjazd jest problemem. Bo zawsze jakiś malec choruje, bo potrzebuje stałej opieki, bo nikomu nie można zostawić stada sześciu, siedmiu a czasem więcej kotów na głowie. Dlatego te krótkie chwile kiedy udaje nam się wydać "tymczasy" i zostają tylko koci rezydenci, z chęcią wykorzystujemy na choćby weekendowe wypady. Bo tak na prawdę każdy musi czasami odpocząć.

Tak właśnie miało być w sierpniu - na długi weekend wymarzyłam sobie wyjazd w Góry Sowie i udało się! Piękne gospodarstwo agroturystyczne, cisza, spokój i chociaż 4 dni bez kociej ferajny. Nasze futra zostały pod opieką mamy, podobnie jak malutka Borówka, która wtedy u nas była, a myśmy pojechali cieszyć się urokami gór. No i podstawowe przykazanie - żadnych kotów!

Koty z zamku Książ

Oczywiście kotów całkowicie uniknąć się nie dało - wyglądały na nas z zaułków, spod śmietników, zza płotów i z przydrożnych pól czy rowów. Ale na szczęście żaden z nich nie potrzebował pomocy ani naszej interwencji. Ot po prostu były to takie "tamtejsze" zwierzaki, które w drodze po własne sprawunki zaszczyciły nas spojrzeniem. Mogliśmy odetchnąć.

Jako że oboje preferujemy raczej aktywny niż pasywny sposób spędzania wolnego czasu nasz krótki wyjazd był przepełniony atrakcjami. Bo jak tu być w Górach Sowich i nie wejść na Wielką Sowę - sztandarową górę okolicy. Zaplanowaliśmy precyzyjnie wycieczkę i wyruszyliśmy rano w drogę z Przełęczy Walimskiej. Pogoda wymarzona, widoki piękne, aż pod sam szczyt weszliśmy bez przeszkód. Jakież było moje zdziwienie, gdy na szczycie góry, tuż pod wieżą Bismarcka, na polanie powitał mnie... kot. Buras pręgowany, bezczelnie wylegujący się w porannym słońcu. Szczęka mi opadła. Spodziewałam się wszystkiego, ale nie kota na czubku góry!

Od razu poszłam do sklepiku usytuowanego w wieży, żeby zasięgnąć języka, bo kot ewidentnie czuł się jak u siebie. Okazało się, że to Donald - czwarty kot mieszkający na szczycie Wielkiej Sowy, ale pierwszy, który melduje się tam już drugi sezon z rzędu. Przyszedł na polanę nie wiadomo skąd wiosną 2010 roku i przemieszkał tam całe lato. Jesienią, gdy zamierał ruch turystyczny, kot również się wyprowadził, lecz nikt nie wiedział dokąd poszedł. Wrócił w kwietniu 2011. Prawdopodobnie przezimował w którymś z pobliskich schronisk i wraz z nadejściem ciepłych dni stawił się na "swojej" polanie pod wieżą.

Donald to piękny kocur. Jest spokojny i przyjazny, turystów zaczepia prosząc o przekąskę, ale obsługa punktu turystycznego również o niego dba. Ode mnie dostał śniadanie w postaci saszetki, którą zawsze na takie okazje noszę ze sobą (jak widać także w górach). Zjadł ze smakiem, podziękował, po czym odszedł dostojnie, aby wygrzać futerko na słońcu. Mam nadzieję, że najbliższą zimę również spędzi w jakimś bezpiecznym miejscu.

Jeśli Wasze wycieczkowe szlaki zaprowadzą Was na Wielką Sowę pamiętajcie o Donaldzie - poczęstujcie go odrobiną karmy, na pewno będzie Wam wdzięczny :)