Organizacja Pożytku Publicznego, Adopcja kotów - Wrocław
Login:
Hasło:

Pisarka, pracownik naukowy

Czitkowe pisanie...

Czitka jest barwną postacią forum miau. Jej kilkudziesięciostronicowe opowieści o Balbiśce, Czitusi, Cosi i Niemoim (a właściwie Niejej) cieszą się wielką poczytnością. Mało kto wie jednak, że Czitka w zaciszu domowym pisze do szuflady. Wkrótce jednak ukazać się ma książka jej autorstwa: "Moje domowe Tygrysy". Dzięki uprzejmości autorki Wy możecie już dziś poznać fragmenty tej ciepłej i nieco zwariowanej opowieści o kotach.

A było to tak

Kocurka szukaliśmy poprzez ogłoszenia w prasie od kilkunastu dni, a rok był na kociątka nieurodzajny. Wymiotło wszystkie. Nawet w Schronisku nie było ani jednego kotka do wzięcia. W końcu znaleźliśmy małe kotki telefonicznie, ale pod Środą Śląską. Po wstępnych rozmowach ustaliliśmy, że kotek zostanie do nas przywieziony w Wigilię rano.

Rozmowa telefoniczna z panem była dosyć dziwna, przynajmniej z mojej strony. Naprzód zapytałam, czy kotek jest ładny (co za bzdura...).

Pan odpowiedział: ...dla nas śliczny... Hmm... Potem dodał, że ma jeszcze brata (kotek), i że ten brat jest jaśniejszy.- Jaśniejszy nie, bo będzie się brudził - odpowiedziałam nie do końca chyba zabawnie.

Tak czy inaczej decyzja zapadła. Postanowiliśmy przyjąć kotka, o którym absolutnie nie wiedzieliśmy nic. Typowy "kot w worku". A pan postanowił kotka przywieźć w Wigilię rano. Ze Środy Śląskiej. Pozostało jeszcze wytłumaczenie panu, jak do nas jechać. Więc mówiłam tak: - My mieszkamy w takiej peryferyjnej, biednej dzielnicy, którą całkowicie zalała powódź. Domek jest w trakcie remontu, a raczej może budowy i panuje tu potworny bałagan. Proszę od drogi głównej skręcić za agencją towarzyską w lewo i dalej, jak pan pojedzie prosto, to będzie pokaźne gruzowisko przed domem, za wielkimi iglakami od strony frontu jest taka góra odpadów budowlanych, a na jej szczycie wymontowany klozet. Łatwo poznać. Ale gdyby jeszcze jakieś wątpliwości, to po drugiej stronie ulicy rezydencję mają Cyganie... Zapadła cisza po drugiej stronie telefonu. Ale widocznie pan był tak zdesperowany posiadaniem kotka i jego jaśniejszego brata, że potwierdził dowiezienie malucha. Odłożyłam słuchawkę. Jurek był blady, patrzył na mnie wymownie i nic nie mówił. - No co? Prawdę mówiłam, chodziło mi o punkty charakterystyczne... Tylko machnął ręką i skonstatował, że szkoda, że nie będziemy mieli kotka.

Czekamy na przyjazd kocurka. W oknie. Zdenerwowani. Od rana bieganie po mleko, kuwetkę, żwirek, saszetki, wielkie sprzątanie mieszkania, żeby zatrzeć dziwne wrażenie, jakie prawdopodobnie zrobiłam. I nagle jedzie auto na zamiejscowych rejestracjach. Powoli identyfikuje teren. Zatrzymuje się przed domem, z auta wysiada pan i panienka z koszyczkiem w ręce.

Foto: Czitka

Odniosłam wrażenie, że gdy weszli do mieszkania, to odetchnęli, albowiem chyba byli dosyć zdenerwowani na trasie Środa Śląska - my. Dalej nie wiem, co w koszyku, a raczej co z koszyka zostanie nam przedstawione, bo koszyk wiklinowy grubo pleciony. W końcu (trwało to wieki) panienka stawia ten koszyk na podłodze i otwiera. A tam cudo! Miciuś nasz najpiękniejszy! Nie za duży i nie za mały, ufny, o zawadiackim spojrzeniu. Błyskawicznie przystąpił do zwiedzania terenu, natychmiast prawie załatwił do kuwetki i całym sobą mówił: tu mi się podoba, to będzie mój dom.

Tak... To była Wigilia 3 lata temu. Zaczynaliśmy absolutnie nowy etap życia z kotami, a wszystko działo i dzieje się za agencją pierwsza w lewo.

Ps. Gruz posprzątany.

Trzydzieści małych kotków...

Przeglądam oczywiście wrocławską prasę, rubrykę zwierząt ze schroniska, które tam cudem trafiły. Jest kocur podobny do Mićka, przyniesiony 11.11. Dzwonię natychmiast, oczywiście to nie Miciek, jest dymny - jak określiła pani - i do tego kastrowany.

Cóż, to jeszcze nie ślad Mićka. Ale pani proponuje mi natychmiast zabranie innego kotka. Nie, nie mogę zabrać, Miciuś pewnie wróci, może kiedyś zdecydujemy się, ale na małą koteczkę dla towarzystwa Czituni. I do kochania oczywiście.

Foto: Wima

I tak sobie z panią gadu, gadu, że może nasza kotka będzie miała jeszcze dzieci, a pani przytomnie pyta mnie: a po co? I co pani zrobi z tymi kotkami? Jak to co, oddam w dobre ręce, a jednego może zostawię... I tu został mi zrobiony wykład, słuszny i wstrząsający. Schronisko jest pełne malutkich koteczków, które właściciele po nieskutecznych ogłoszeniach w gazecie, po poszukiwaniach wśród znajomych, w końcu zrozpaczeni oddają. One tam biedne w końcu chorują, warunki kiepskie, tłok, ścisk, płaczą w tych boksach i czekają na nowych właścicieli, ale....

No właśnie. Proszę zabrać od nas koteczka, a nie rozmnażać niepotrzebnie... To, że raz się pani udało oddać kotki, to było tylko raz, wiem co mówię - kontynuowała pani ze schroniska, jakie my tu sceny przeżywamy, gdy zrozpaczeni właściciele przynoszą maluchy, wychuchane, wypieszczone... I już nie mogą nic więcej zrobić...

O Boże, serce mi się dzisiaj kroi. Tam, we wrocławskim schronisku płacze 30 małych, zdrowych i ślicznych kociątek, można wybierać. Wiek, kolor, płeć...

Kochani, weźcie sobie kotka z tego schroniska, weźcie i kochajcie! Ale weźcie odpowiedzialnie! Bo kot to przyjaciel na kilkanaście lat. I to jaki!

Jedno w tej rozmowie było pocieszające. Nie, dwie rzeczy. Po pierwsze, że w trakcie rozmowy ze mną, pani potwierdzała z kimś tam, że na jutro są zabezpieczone saszetki dla kotków, a po drugie, że niekastrowane kocury to straszne włóczykije i że przeważnie wiedzione instynktem i chęcią przygody znikają. Ale że mają też obyczaj wracania, nie zawsze natychmiast.

No to czekamy!

Nie mogę się ruszyć!

Nasze życie, to nie tylko koty, aczkolwiek wszystko co tu opisuję, mogłoby wskazywać na zgoła odmienny stan rzeczy.

Niestety, jesteśmy mocno zajęci. Co więcej, często część pracy wykonujemy w domu i to do późnych godzin nocnych. Ale nasze koty dbają o nasz odpoczynek. Chcemy czy nie, absorbują nas swoim zachowaniem i to już od wejścia do domu.

Oczywiście dziesiątym zmysłem słyszą podjeżdżające samochody i już na oknie robią odpowiednie miny na powitanie. Miny pod tytułem: gdzie byliście albo dlaczego tak długo, albo ja tu głodny tęsknię i już pędzę do drzwi, albo całą gamę zachowań typu jestem obrażony i ani drgnę na wasze przybycie, bo staliście się mi obojętni.

Reakcje kota stęsknionego pozytywnie, to oczywiście w konsekwencji radosne powitania i ocierania, gorzej z kotem wstępnie obrażonym, bo tu wyzwalać musimy z siebie pokłady zachowań prowadzących do obłaskawienia i przeproszenia teatralnie nadętego kota.

Cały ten ceremoniał w pierwszej lub drugiej wersji natychmiast po przyjściu z pracy do domu uzmysławia nam kto u kogo mieszka.

Kiedy sytuacja zostanie wstępnie opanowana, a koty wygłaskane, nakarmione, dopieszczone i przeproszone, mamy część drugą naszego wspólnego bytowania, czyli zorganizowanie kotom czasu wolnego - aktywnego. Pół biedy, kiedy wyjdą sobie do ogrodu, bo tam zawsze coś ciekawego się dzieje. Gorzej, gdy pada deszcz albo jest mróz, albo po prostu uznają, że powinny nam teraz towarzyszyć.

Aktywnie! To znaczy my mamy być aktywni, a koty będą nam w tej aktywności pomagać. Czyli najlepiej coś robić. Myć, sprzątać, gotować, coś naprawiać, prasować, biegać z miotłą - jednym słowem wykonywać czynności, które są nam organicznie obce i wstrętne i którym staramy się poświęcać absolutnie niezbędne minimum cennego czasu.

Jeżeli nie robimy w pojęciu kota nic, czyli na przykład oglądamy telewizję, albo coś czytamy lub piszemy, czyli pozostajemy w bezruchu, kot, a w szczególności Czitka, wydaje z siebie miauknięcia smutku i niezadowolenia.

Ostatecznie w akcie rozpaczy i konstruktywnej współpracy, przynosi w pyszczku swój ulubiony srebrny sznureczek długości około półtora metra i składa go mi u stóp.

Żaden inny sznureczek się nie liczy. Ten i tylko ten! Siada przed tym durnym sznureczkiem i patrzy błagalnie. Raz na mnie, raz na sznureczek. Cokolwiek bym ze sznureczkiem nie zrobiła - jest świetnie! Gdy go odrzucę, mamy aport. Gdy schowam za siebie - szukanie, gdy zwinę w dłoni - zabawa w wygrzebanie łapką, ale najwspanialej, gdy sznureczek wyląduje na oparciu rogówki. I tak w kółko.

Ale przychodzi w końcu długo przez nas oczekiwany moment wyczerpania aktywności kota. Na kogo wypadnie, na tego bęc!

Foto: Czitka

Kot przychodzi na kolana i zasypia!!!!!!

I wtedy NIE WOLNO SIĘ RUSZAĆ!!!!! Znaczy to tyle, że ktoś z nas ma dobrze, a ktoś źle. Ten, u którego kot zaśnie na kolanach ma nie tylko święty spokój, ale i pozwolenie na wszelkiego rodzaju kaprysy skierowane w stosunku do osoby, u której kot nie śpi.

Czyli: zrób mi kawę, bo nie mogę się przecież ruszyć... albo podaj mi to czy tamto, bo... i tak dalej.

Niestety, mamy teraz tylko jednego kota w domu do zasypiania na kolanach.

I przeważnie zasypiającego na kolanach Jurka, co wcale mi się nie podoba.


Komentarz KŻ: tekst Czitki jest archiwalny. Obecnie, jak powszechnie wiadomo, ma ona 4 koty do szukania kolan, w tym jednego Nieswojego :)