Organizacja Pożytku Publicznego, Adopcja kotów - Wrocław
Login:
Hasło:

Kot z pseudohodowli

Tekst i zdjęcia: Małgorzata Arendt 9 maja 2015




U nas w domu nigdy nie mieliśmy preferencji, jakiego kota chcielibyśmy mieć, tzn. płeć, kolor, a nawet wiek nie grały dla nas roli. Kot w naszym domu miał być po prostu szczęśliwy.

Trudkę adoptowałam ze schroniska w styczniu 2013 roku, a jej wiek określono wtedy na około 5 lat. Zdjęcie i ogłoszenie mojej Trudzinki (poszukującej wtedy domu) znalazłam na FB na jednym z profili współpracujących z wrocławskim schroniskiem. Kota była inna, tak bym to określiła. Wychudzona, z krzywymi łapkami, łysawa (goły brzuszek i łapki, mysi ogonek, a poza tym brak podszerstka), ogólnie bieda z pseudohodowli persa. Była tak brzydka, że aż ładna. Kiedy zobaczyłam jej zdjęcie, od razu wiedziałam, że to mój kot. W opisie twierdzono, że kicia jest spokojna i łagodna, co mnie ucieszyło, bo kot którego już miałam w domu należał do urwipołciów. Zgodnie z wytycznymi zadzwoniłam po weekendzie do schroniska z zapytaniem, czy kotka jest jeszcze do adopcji i kiedy usłyszałam, że tak, pobiegłam do pobliskiego sklepu zoologicznego po transporter i kuwetę. Zapakowałam wszystko do auta i pojechałam na uczelnię. Tam poprosiłam koleżankę, aby pojechała ze mną do schroniska, wspierając mnie przede wszystkim moralnie (zawsze mi się wydawało, że nie dam rady wejść do schronu, że jak zobaczę te wszystkie kocie i psie biedy, to z miejsca padnę trupem albo tam po prostu zamieszkam). Ola zgodziła się, za co jestem jej dozgonnie wdzięczna. Pojechałyśmy i wróciłyśmy już we trzy...

Po przewiezieniu do domu, Trudzinka wypuszczona z kontenerka czmychnęła pod łóżko i nie chciała stamtąd wyjść. Minęło trochę czasu i zaniepokojona tym bezruchem, poszłam zobaczyć, co u niej słychać. Kota przycupnęła w kąciku pod łóżkiem, ale w takim miejscu, że mogłam ją spokojnie stamtąd wyciągnąć. Odchyliłam narzutę, a wtedy kicia zaczęła pomiaukiwać i nadstawiła się do głaskania. Wyciągnięta ze swojej kryjówki, spokojna i mrucząca zaczęła udeptywać moje kolana. Tak przełamałyśmy pierwsze lody, a później poszło już z górki. Trudkę dziwiło prawie wszystko w mieszkaniu (znaleziono ją na działkach, gdzie ktoś całkowicie pozbawiony fantazji i bez krzty zdrowego rozsądku prowadził pseudohodowlę persów). Siedziałyśmy sobie razem oglądając telewizję, przy czym Trudkę fascynowały wszelkie filmy rysunkowe, czy to bajki, czy animowane spoty reklamowe. Nie przerażał jej ani odkurzacz, ani inne hałaśliwe sprzęty domowe. Nie niszczyła w domu mebli, firanek, dywanów, do drapania miała zrobiony z dechy drapak i z niego korzystała. Nie wybrzydzała przy jedzeniu, choć trochę trwało, nim zrozumiała, że może dojeść później. Była odrobaczona i zaszczepiona, więc nie martwiłam się o koszta na starcie naszego wspólnego mieszkania. Jedyną ułomnością Trudki była nieumiejętność korzystania z kuwety, ale cierpliwie i z tym dałyśmy radę. Kupiłam podkłady higieniczne i porozkładałam je w mieszkaniu w nazwijmy to kibelkowych miejscówkach Trudki (na początku byłam przekonana, że kot się nie załatwia, więc poszłam do weta po radę, a ten zasugerował dokładniejsze przeszukanie kątów w domu; uczyniłam to, zwiedzając wszelkie zakamarki z nosem przy podłodze i bingo!). Kota załatwiała się na podkłady, które później zaczęłam też układać w kuwetach, na to z czasem coraz więcej żwirku. Aż ostatecznie rozstałyśmy się z podkładami i sam żwirek wystarczył. Zrobiliśmy Trudce badania krwi (biochemię, morfologię oraz oznaczenie poziomu hormonów tarczycy), bowiem istniało podejrzenie, że to zaburzenia pracy tarczycy, a nie jak sugerowano początkowo grzybica skóry na którą ją zresztą leczono w schronisku, mogą powodować łysienie. Ponieważ Trudka nie bardzo współpracowała przy poborze krwi, trzeba było jej podać jednostkę "głupiego jasia". Podany koło południa anestetyk działał jednak bardzo długo, kot nie mógł dojść do siebie i nawet w pewnym momencie byliśmy przekonani, że umiera (kota przewróciła się na bok, zwiotczała i bardzo spadła jej częstotliwość oddechu). Po tym wydarzeniu i po rozmowie z weterynarzem, wiedzieliśmy, że będzie problem z wysterylizowaniem Trudki przy zastosowaniu standardowej anestezji i choć wyniki badań wyszły dobre, tarczyca funkcjonowała jak trzeba, to ewidentnie metabolizm nie działał prawidłowo. Bardzo dobitnie ujawniło się tym samym pseudohodowlane pochodzenie. Weterynarz poradził nam, żeby poszukać anestezjologa stosującego anestezję wziewną, bardziej kosztowną, ale mniej obciążającą organizm. Na szczęście znaleźliśmy takiego specjalistę w jednej z klinik we Wrocławiu i tam też Truda została wysterylizowana. Bałam się tego zabiegu okropnie, byłam wręcz przekonana, że nie zobaczę już Trudki żywej, że jej organizm nie przetrzyma nawet tego łagodniejszego znieczulenia. Kiedy lekarz podał mi ją jeszcze "oczadziałą" po zabiegu, to te kilkaset złotych, które przyszło nam zapłacić, już tak nie bolało. Ponieważ zabieg miał miejsce wieczorem, zgodnie z zaleceniem nie wypuściłam kota z transporterka na noc, co zostało przyjęte z dezaprobatą i koło 2 obudziło mnie szarpanie drzwiczek, drapanie w ścianki oraz szamotanie się w niewoli połączone z próbą oswobodzenia z kaftanika. Stan ten trwał do rana. Później przyszedł czas depresji kaftanikowej, ale na szczęście minął po 7 dniach wraz z usunięciem gustownego wdzianka. I co ciekawe, nasz drugi kot Mieciu odpuścił Trudce również w okresie rekonwalescencji. Odpuścił w tym sensie, że nie zaczepiał jej, nie zasadzał się przyczajony w kartonie i nie uruchamiał przechodzącej Trudzie "turbo-kota". On wyraźnie rozumiał sytuację, widział, że jest obolała i wiedział, że ma jej ustępować i schodzić z drogi.

A jak jest dzisiaj? Koty są zdrowe, zadbane, są naszymi pupilkami. Przyzwyczaiłam się też do pytań ludzi o Trudkę: "Ojej, co się stało temu kotu?". Nic się nie stało, taki jest i tyle. I choć z początku naszej znajomości przeszło mi przez głowę, że pobyt Trudy u mnie może mieć charakter hospicyjny, wszystko jest w jak najlepszym porządku. Nie zastanawiam się, jak długo koty będą z nami, życie bywa przewrotne, a Truda coraz częściej udowadnia nam, że jest egzemplarzem nie do zdarcia. W naszym przypadku adopcja dorosłego kota okazała się strzałem w dziesiątkę, zyskaliśmy wspaniałą przyjaciółkę, a ona odwdzięcza nam się za opiekę na każdym kroku. Przychodzi na kolana, domagając się głaskania, jest jedyna w swoim rodzaju i jej obecność sprawiła, że Mietek złagodniał. A ja mam wrażenie, że Truda jest z nami od zawsze. Nie zapominam jednak o jej pochodzeniu i martwię się, że za jakiś czas znowu da ono o sobie znać. Pamiętam też słowa pierwszego weterynarza w moim mieście, do którego poszłyśmy z Trudką zaraz po adopcji ze schroniska: "Wzięła sobie pani na głowę kłopot". Ja tego tak nie widzę, Truda nie jest kłopotem. Zjawisko pseudohodowli, nakręcane niczym innym jak kasą, a i owszem. Trudka jest konsekwencją czyjejś bezmyślności i żądzy pieniądza, a raczej ona te konsekwencje ponosi. I choć Truda jest przeurocza, kochana, prześliczna, jedyna w swoim rodzaju, oby takich Trudek jak najmniej. Bo mogą nie mieć tyle szczęścia co ona i mogą nie trafić na taką rodzinę, jak moja...