Organizacja Pożytku Publicznego, Adopcja kotów - Wrocław
Login:
Hasło:

Gracja

Gracja to kotka, która trafiła do Kociego Życia w dość poważnym, jak na kota, wieku. Najpierw zaopiekowała się nią Wima, potem ciepłego kąta udzieliła Gutek. Dziś obie opowiadają historię tej niezwykle pięknej i mądrej kotki...

Tekst: Wima, Foto: Gutek

Minął już ponad rok od śmierci Gracji, ale jakoś nie mogę o niej zapomnieć. Z pewnością pozostała też w pamięci Kulki, Gutka, Pako i wszystkich tych, którzy mieli przyjemność ja poznać.

Gracja pojawiła się w moim domu znienacka (dla niej samej, ja wiedziałam). Jej pani postanowiła dzielić życie z pewnym mężczyzną, a ten niekoniecznie chciał dzielić je z kotem. I tak Gracja straciła dom i ukochanego człowieka. Po 15 latach wspólnego życia.

Jasne było, że nie może trafić do schroniska, tam stare koty nie mają życia...

Kulka przywiozła ją do mnie. Mieszkałam wtedy z Tymusiem i Tercją. W Gracji zakochałam się od razu, trudno było się w niej nie zakochać. Uwielbiam trikolorki, a ta była jeszcze spokojna, łagodna, poruszała się z wielką ostrożnością (miała już lekko zesztywniałe stawy), dystyngowana, nastawiona na kontakt z człowiekiem. Ponieważ nie dopisywał już jej wzrok zawsze intensywnie się wpatrywała we wszystko i wszystkich, węch też nie był jej mocną stroną. Poza tym była zdrowa, bo zaraz na wstępie zrobiłyśmy z Kulką jej badania - dolegał jej głównie wiek.

Chodziła za mną po domu, gdy tylko gdzieś siadałam na chwilę, zaraz układała się na mnie bądź obok. Lubiła rozmawiać, inicjując dialog krótkim "miau". Spała wtulona we mnie. Lubiłam na nią patrzeć, głaskać ją, była dla mnie wcieleniem kota idealnego.

Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie Tercja. Poczuła się zazdrosna i swoją niechęć do Gracji wyrażała bardzo dobitnie. Przy byle okazji kotki obrzucały się kocimi inwektywami, dochodziło do łapoczynów, ofiarą padały zasłony, krzesła, telewizor. Poszkodowana była zawsze bardziej Tercja, bo pazury Gracji mocno wczepiały się jej w futro i wyszarpywały je.

Gracja bardzo przeżywała te awantury, wyczerpywały ją fizycznie i psychicznie. Układała się wtedy w rogu kanapy albo wciskała w szafkę rtv na odtwarzacz wideo, zwinięta w kłębek i całą sobą mówiła "zostawcie mnie".

Wiedziałam, że muszę znaleźć jej inny, spokojny dom. Zgłosiła się Gutek. Długo z nią rozmawiałam, bojąc się narazić Grację na kolejne traumatyczne przeżycia. Ale Gutek przekonała mnie, ze będzie dbała i kochała Grację. Mimo to, odwoziłam Grację rycząc jak bóbr, nie mogąc rozstać się z Kotką.

Resztę opowie Gutek, ja tylko dodam, że ciągle mam wrażenie, że Gracja nie odeszła ze starości, że odeszła z tęsknoty...


Tekst i foto: Gutek

Nigdy nie zapomnę Gracji. Była to prawdziwa dama pełna gracji właśnie. Miałam tremę, gdy Wima z Kulką przywiozły ją do mnie. Bałam się, czy kocia zaakceptuje kolejną zmianę miejsca i jak dogada się z psem Gutkiem. Obawy okazały się niepotrzebne, Gracja Gutka po prostu zignorowała, zmiana miejsca natomiast wywołała prawdziwy stres. Na szczęście objawiał się on jedynie zdystansowaniem kotki do mnie, nie chciała ze mną gadać. Z wdzięcznością przyjmowała jednak głaski i powoli przekonywała się, że można zaprzyjaźnić się z tą obcą babą, która pieści i daje jeść.

Po dwóch tygodniach Gracja rozchorowała się ciężko, nie jadła kilka dni. Przyczyną mógł być stres po przeprowadzce, ale mógł to być również rezultat szczepienia i odrobaczania na raz. Taką kurację "zdrowotną" zaordynował Gracji weterynarz, a ja, jeszcze wtedy niedoświadczona całkiem kociara, nie zaprotestowałam. Straciwszy apetyt Gracja najpierw odseparowała się od domowników na tapczan w najmniej uczęszczanym pokoju, a potem zabunkrowała całkiem za tymże tapczanem. Poddała się wtedy i ja może też bym to zrobiła, bo mimo codziennych wizyt u weterynarza i karmienia na siłę, nikła w oczach. Miałam jednak przed oczami zapłakaną twarz Wimy, kiedy zostawiała kocię u mnie i wiedziałam, że nie mogę zawieść ani jej ani Gracji.

I to właśnie Wima wpadła na pomysł, żeby zawieźć Grację do weterynarza, który leczył ją wcześniej. Myślę, że ten pomysł uratował wtedy Grację. Kota doszła do siebie i z każdym dniem udowadniała, że jest wyjątkowa. Podczas korepetycji, których udzielałam w domu, kładła się na oparciu kanapy tuż przy mojej głowie i mruczała pocieszająco, od czasu do czasu pacając mnie łapką. Kiedy siedziałam przy komputerze, układała się na biurku tuż przy klawiaturze. Uwielbiała spędzać czas na narożniku w kuchni w czujnej pozycji sfinksa, licząc na to, że oderwę się od garów i przytulę kicię lub podsunę coś dobrego.

Pańskie maniery Gracji objawiały się wysuwaniem względem mnie szeregu żądań: stanie przed biurkiem na przykład i głośnie "miau!" znaczyło "Podnieś mnie i postaw tam wysoko". Siadanie naprzeciw mnie i "miau!" to było "Weź kota na rączki!" W nocy sypiała na mojej poduszce, często miałam wrażenie, że śpię w futrzanej czapce...

Niestety wiek coraz częściej dawał znać o sobie: najpierw był wylew, który Gracja przetrwała, zostało jej po nim podkrwione oko i od czasu do czasu potrząsanie łepkiem. Jednak słowa weterynarza, który ostrzegał, że drugi wylew prawdopodobnie Grację zabije, dźwięczały mi w głowie. Kota spała praktycznie cały czas, bardzo niechętnie opuszczała moją poduszkę. Tam ją znalazłam nad ranem 1 stycznia 2007. Nie żyła już, ale wyglądała jakby spała, zwinięta jak zawsze w rogalik. Odeszła we śnie, nie cierpiała. W moim sercu zostawiła subtelny ślad, odcisk kociej łapki. Sprawiła, że dom bez kota nie jest już domem...