Organizacja Pożytku Publicznego, Adopcja kotów - Wrocław
Login:
Hasło:

Barnaba

Barnaba jeszcze malutki. Pozuje do zdjęcia adopcyjnego ;)

Z okna mojego domu widziałam ciężarną kotkę. Chodziła smętnie po okolicy. Jakiś czas później widziałam ją już szczupłą pod naszym śmietnikiem. Przyniosłam jej jedzenie. Przychodziła odtąd codziennie na posiłki serwowane przeze mnie i przez sąsiada. Po jakimś czasie przyszła do nas z czterema maluchami i zupełnie beztrosko zaczęła je karmić na parkingu. Szybka akcja pozwoliła nam w dwa dni złapać wszystkie maluchy, niestety mama była sprytniejsza... Wśród tych kociąt był czarny jak węgiel Barnaba. Pani Magda od pierwszych chwil rozmowy wydała mi się osobą bardzo odpowiedzialną i dobrym domkiem dla malca. Dziś wiem, że się nie pomyliłam, zresztą sami posłuchajcie. [Colas]

Tekst i foto: Magdalena Lis

Jeszcze niecałe półtora roku temu mieszkałam z Alexandrem - czarnym, zielonookim, pięknym i mądrym - oraz Felixem - biało-łaciatym, wiecznym dzieckiem. Alexander miał piętnaście lat, a Felix trzy. Trzeciego sierpnia 2006 roku Alexander odszedł po długiej walce ze skutkami bezmyślności pewnego weterynarza (prawdę mówiąc, nie jestem pewna, czy zasługuje na ten tytuł)! Bardzo to oboje z Felixem przeżyliśmy! Przez dłuższy czas dojrzewałam do decyzji wzięcia drugiego kota, ale jakoś nie mogłam się na to zdobyć. (W sferze, nazwijmy to, fizycznej i człowieka i zwierzę można dość łatwo zastąpić, ale w sferze emocjonalnej już nie jest to tak łatwe, o ile w ogóle nie niemożliwe. A jeśli długi i udany związek kończy się niespodziewanie i dramatycznie, to trzeba naprawdę dużo czasu, żeby jako tako dojść do siebie.) W końcu, po jedenastu miesiącach, zdecydowałam się, głównie ze względu na Felixa, który całe swoje życie spędził w towarzystwie drugiego kota i naprawdę widać było, że tęskni i czuje się samotny.

Odprężony Felix

Przez ogłoszenie w gazecie trafiłam do tymczasowego domu z kilkoma kociakami do adopcji. Wybrałam czarnego kocurka; czarnego bo brak mi było w domu widoku czarnego kota i malucha, bo miał się nauczyć chodzić na smyczy. Kiciuś przyjechał po paru dniach razem ze swoją tymczasową mamą. Na początku nie bardzo chciał wyjść z transportówki, bo przestraszył go widok Felixa, ale po jakichś dwudziestu minutach zdobył się na odwagę. Nie był już puchatą kuleczką, ważył nieco ponad półtora kilograma, ale Felix był jakieś cztery razy większy i cięższy od niego. Fuknął raz na małego, chociaż nie zachowywał się agresywnie. Tego wieczora ograniczył się do obserwacji; ja też. Maluch bawił się futrzaną myszką, Felix leżał na podłodze i przyglądał mu się nieco smutnym wzrokiem, a ja siedziałam na kanapie i - przyznaję się bez bicia - płakałam. Następnego wieczora obaj biegali już po domu razem. I tak zostało do dziś. Właściwie codziennie wieczorem urządzają dzikie gonitwy po całym domu i trenują kocie zapasy.

Filemon i Bonifacy? Nie, to Felix i Barnaba :)

Po tygodniu maluch dostał na imię Barnaba, a po dwóch czy trzech wyjechaliśmy na parę tygodni wakacji. Barnaba szybko nauczył się chodzić na smyczy po ogrodzie i łące, jadł za trzech i rósł tak szybko, że przy drugim szczepieniu pani weterynarz nie chciała mi wierzyć, że ma ledwo ponad trzy miesiące. Co tydzień rozciągałam jego szeleczki o półtora centymetra i byłam święcie przekonana, że będzie z niego wielki "mutant". Nie miał jeszcze czterech miesięcy, kiedy zaczął wymieniać mleczne zęby na stałe.

Teraz mieszka z nami już prawie pół roku i niedawno skończył osiem miesięcy. Waży jakieś cztery i pół kilo ale już widać, że raczej nie będzie taki ogromny jak się wydawało. Nie jest też najodważniejszy pod słońcem, a najbardziej boi się obcych ludzi. W okolicach Bożego Narodzenia zaczął posikiwać poza kuwetą ale niezbyt często, więc z kastracją jeszcze poczekamy; mam cichą nadzieję, że testosteron poprawi mu trochę odwagę.

Barnaba tchórzliwy? Toż to lew, choć tylko salonowy ;)

Odzywa się rzadko, głosem cieniutkim jak mały kociak, ale mruczenie wychodzi mu nieco lepiej. Codziennie rano przychodzi położyć się koło mojej twarzy w łóżku, pospać i pomruczeć. Przedtem często sypiał na moich kolanach, kiedy pracowałam przy komputerze, ale teraz już tego nie robi. Lubi za to biegać po domu z zabawką w pyszczku i groźnie przy tym warczy. Czasami porywa jakieś drobiazgi, na przykład paczkę Mentosów albo komórkę. Ostatnio zdobył się na odwagę i nafuczał na pana, który przyszedł odczytać podzielniki ogrzewania! Jest kochany, choć całkiem inny niż Alexander, a Felix znowu ma towarzysza zabaw i nie jest już taki smutny. I to właściwie wszystko co mogę teraz napisać o Barnabie. Nie znam go jeszcze zbyt dobrze, za krótko jesteśmy razem ale mam nadzieję, że to początek pięknej, długiej przygody.

Przeczytałam gdzieś, że ludzie dzielą się na dwa rodzaje - wielbicieli kotów i osoby poszkodowane przez los. Ja należę do tych pierwszych. Mieszkam z kotami od ponad trzydziestu lat. To wspaniałe zwierzęta: piękne, pełne gracji, inteligentne, obdarzone poczuciem humoru i - moim zdaniem - świadome własnej wartości! Nie można być właścicielem kota, nie da się go kupić czy przekupić, nie można mu niczego kazać ani zabronić. To zwierzątko fizycznie nieduże, ale o takiej osobowości, że zajmuje w domu calkiem sporo miejsca.

Życie z kotem trzeba sobie ułożyć na zasadzie wzajemnych ustępstw, jak z człowiekiem. Od kota można się też dużo nauczyć - choćby cierpliwości i wytrwałości w dążeniu do celu. Nawet po pięciu, dziesięciu czy piętnastu latach potrafi nas czymś zaskoczyć! Kot umie obdarzyć wielkim zaufaniem i gorąco odwzajemnić uczucie, ale jest bardziej niezależny emocjonalnie od psa. Życie z kotem to wielka przygoda, ale tylko dla tych, którzy potrafią zaakceptować odmienną opinię na jakiś temat i czasami pójść na kompromis! To, co zyskają będzie naprawdę bezcenne!


Nowe wieści o Barnabie i fotki z wakacji 2008:

Barnabik ma się dobrze: czasami wprawdzie kicha nie wiadomo dlaczego, a latem miał paskudną infekcję oczu (też nie bardzo wiadomo od czego), ale poza tym wszystko jest w porządku. Wykastrowałam go w czerwcu; przy okazji zostal 2 razy zważony - ostatni wynik 5.3 kg! Samej trudno mi było w to uwierzyć. Teraz pewnie będzie więcej, bo jeszcze urósł i jest żarłokiem:) Do kuchni zawsze zdąży przede mną i doskonale wie, w której szafce jest kocie żarełko! Ale wybredny jest: najbardziej lubi suchą karmę i kocie mleko; z mięsem różnie bywa, na czym korzystają "piwniczanki i działkowcy" :) Niestety, tchórzem będzie chyba już przez resztę życia i w efekcie po powrocie do Wrocławia prawie już nie chodził na spacery na dwór.

W lecie przed wyjściem do ogrodu przeważnie musiałam go najpierw "odłowić", a później sprawiał często wrażenie, jakby odbywał karę. Kilka razy wystarczyło, żeby sąsiad powiedział mi dzień dobry i już był koniec spaceru. A potem siedział na parapecie i lamentował głośno widząc Felixa bawiącego się na dworze. Pewnie dobrze by mu zrobiło, gdyby mogli wyjść razem ale ja niestety się nie rozdwoję, a Felix nie przejmuje się sąsiadami i na całego korzysta z uroków ogrodu i łąki.

Barnaba za to chętnie wychodzi z nami na klatkę schodową, ale wystarczy odgłos windy stającej na naszym piętrze i zmyka do domu ze zgrzytem pazurów. Żeby było śmieszniej, nie ucieka przed psami sąsiadów i nieraz obserwują się - z "bezpiecznej" odległości - przez pół godziny:) Przyzwyczaił się też do mojej sąsiadki i bywa, że ją odwiedza przy okazji takiego "spaceru". Nie przejmuje się też specjalnie moimi wyjazdami i przychodzi na pieszczoty do mojej mamy, która wtedy obsługuje chłopaków; ale spać do niej do łóżka już nie. Ten zaszczyt zarezerwowany jest dla mnie (zwłaszcza ostatnio, gdy noce trochę chłodniejsze) i nie wiem jak to robi, ale przeważnie udaje mu się zająć dwie trzecie łóżka!

Tłuką się też nieraz z Felixem na potęgę i drą kłaki, szczególnie chętnie, gdy tylko skończę odkurzanie:) Zaczyna jeden albo drugi - różnie. Barnaba uwielbia biegać z tupotem po domu i urządzać sobie "zjeżdżalnię" na naszej skórzanej kanapie za ciężkie pieniądze, która dzięki temu sporo już straciła na elegancji:) Z dzieciństwa zostało mu też dzikie bieganie z zabawką w zębach i groźnym warkotem; na ogół około północy:) Lubi być noszony na rękach i spać koło mnie, ale nie lubi siedzieć na kolanach. Bardzo chętnie też włazi mi na plecy, jeśli na dłużej znieruchomieję w odpowiedniej pozycji i natychmiast wygodnie się tam układa. Można go do woli miętosić, chwytać za ogon, łapy czy uszy i wcale mu to nie przeszkadza. Dosyć grzecznie znosi mycie zębów i nawet lubi się czesać ale kąpiel to już spora trauma:)

Lubi też brać udział w życiu rodzinnym, czyli interesują go prace domowe i kuchenne, natomiast polowanie mniej. Kiedy latem gotowałam leczo, drobiazgowo skontrolował wszystkie warzywa i obserwował całą procedurę gotowania:) W ogrodzie kilka razy upolował pasikonika, a w domu muchę. Jednym słowem, mam drapieżnika, którego bardziej od spacerów i normalnych kocich zajęć interesuje gotowanie i pranie!

Adoptowanie go było dobrym pomysłem: Felix ma kocie towarzystwo skłonne do różnych szaleństw, czego mu przez rok brakowało, a ja dowiedziałam się paru rzeczy o kotach, których jeszcze nie wiedziałam mimo ponad trzydziestu lat mieszkania z nimi. Chociaż muszę przyznać, że często, właśnie dzięki temu, wciąż brakuje mi Alexandra.