Organizacja Pożytku Publicznego, Adopcja kotów - Wrocław
Login:
Hasło:

James

Telefon: "Jestem na stacji benzynowej, znalazłem małego kotka, pewnie ma pięć, sześć tygodni. Wokół nie ma matki ani żadnego innego kota. Brać?". Szybka kalkulacja. Naszych sześć kotów, cztery na tymczasie, wszystkie pomieszczenia pozajmowane. Bezwiedna wręcz decyzja: "Przywieź go".

Szelik (imię-pamiątka po miejscu znalezienia) wyglądał żałośnie. Pchły, świerzb a kotek ledwo odstający od ziemi. Trzeba było go odseparować. Dostał miseczki, posłanko, zabawki i łazienkę na wyłączny użytek. To jednak zdecydowanie go nie urządzało, bo już po kilku minutach zaczął płakać. Weszłam do łazienki, pogłaskałam, przytuliłam. Wyszłam. Miau, miau! Wróciłam. Mizianie, tulenie. Wyszłam (zaczynało się robić późno). Miau, miau, miau!! Poszłam się wykąpać. Wyszłam. Miauuuuuu!!!! Trwało to jakieś dwie czy trzy godziny. Poddałam się. Trafił do pokoju z czterema małymi tymczasami. I poczuł się jak u siebie. Najmniejszy z całej bandy zdawał się jej przewodniczyć.

Dwa dni później przyjechała Pani. Po kota dla swej przyjaciółki. Byłam bardzo przeciwna, nie chciałam kota oddać "na imieniny". Ale coś było takiego w Pani i w jej córce, że zaufałam im i Szelik w czułych objęciach pojechał do nowego domu... [Colas]

Tekst i foto: Alicja Janowska

Gdy byłam dzieckiem zawsze marzyłam, żeby mieć kota, niestety mama nigdy się nie zgodziła mówiąc, że koty wszystko drapią i wspinają się po firankach. Często z przyjaciółką rozmawiałam o tym, że chciałabym mieć takiego przytulaska w domu. Sposób, w jaki James pojawił się u mnie w domu, nadal wywołuje u mnie ogromny uśmiech na twarzy.

W dzień moich imienin odwiedziła mnie moja przyjaciółka z koleżanką, której dość dawno nie widziałam. Zajęłam się więc rozmową z nią. W tym czasie moja przyjaciółka, najszybciej jak się tylko dało, udała się do mojego pokoju. Gdy do niego weszłam, stała odwrócona tyłem do okna. Zaraz po zamknięciu drzwi odwróciła się a na rękach miała malutkiego, prześlicznego kociaka z czerwoną wstążeczką w kratkę, zawiązaną na szyi. Nie mogłam w to uwierzyć i w pierwszej chwili nie chciałam go wziąć na ręce, byłam w szoku. Gdy emocje już troszkę opadły, dowiedziałam się, że James został znaleziony na stacji benzynowej. Był zarobaczony, wychudzony, ale miał dużo szczęścia, bo wyszedł zza krzaczków akurat w odpowiednim momencie. Kotek miał świerzb w uszkach, dostałam więc strzykawkę i wytyczne, jak podawać mu lekarstwo. Byłam przerażona, nie wiedziałam, czy sobie poradzę, na szczęście moja przyjaciółka dokładnie opowiedziała mi, co mam robić, jak obcina się pazurki, kiedy iść na szczepienia.

Dzięki tym wskazówkom nie mieliśmy większych problemów. James od razu nauczył się korzystać z kuwety, jadł za dwóch i hasał po całym domu bez zahamowań. Od samego początku był bardzo silnym kociakiem, ale trochę nieufnym w stosunku do obcych, dopiero kiedy chwilkę się przyzwyczai, sam podchodzi, a robi to za każdym razem, gdy dzwoni dzwonek do drzwi. Gdy był malutki, bardzo często sypiał u mnie na kolanach. Ze względu na to, że bardzo wcześnie został rozdzielony z matką często miał odruchy ssania i zdarzało mu się ssać kawałek ręki, materiału bądź szukać mleka w naszych włosach. Na początku było to dla nas trochę uciążliwe, nie byliśmy przyzwyczajeni do takich zachowań. Próbowaliśmy różnych sposobów, żeby mu troszkę pomóc m.in. kupiliśmy mu specjalną buteleczkę. Niestety zamiast z niej korzystać James użył jej jako zabawkę i po prostu popsuł. Po pewnym czasie przyzwyczailiśmy się do tego i nie był to dla nas już żaden kłopot.

W grudniu James zaczął nam posikiwać i weterynarz zdecydował o jego kastracji. Jego silny charakter spowodował, że jak tylko go przyniosłam po zabiegu, nie chciał odpoczywać od razu usiłował chodzić, na drugi dzień już był w pełnej formie do zabaw. Bo psoty, ganianie, gryzienie stóp, drażnienie się to jego ulubione zabawy poza szukaniem pełzaków w naszej łazience i wszystkiego innego, co szybko się porusza, czyli piłeczek, myszek, kłębków, a także włażenie na najwyższe regały, wypijanie wody kwiatkom i obgryzanie ich. A tak poza tym to nasz kot uwielbia spać. Jego najdziwniejsze pozy wszystkich nas rozśmieszają do łez i są świetnym momentem na zdjęcie. James ku mojej uciesze uwielbia pozować i chętnie daje sobie robić zdjęcia. Jest bardzo kontaktowym kociakiem, bardzo lubi zabawę w berka, która dla mnie zwykle kończy się podrapanymi i pogryzionymi stopami.

Zawsze jest w centrum zainteresowania i zawsze wie, co się dzieje w domu. Dotrzymuje nam towarzystwa na każdym kroku. Gdy ktoś wraca do domu, James pojawia się w przedpokoju, aby go powitać, a gdy wracamy z zakupów zawsze wsadza swój nosek w reklamówki, żeby sprawdzić, co tam jest i czy przypadkiem nie ma tam nic dla niego. Jedynym naszym nieszczęściem jest to, że James nie jest niestety typem kolanowym, a wręcz przeciwnie - nie lubi, gdy go się głaszcze chyba, że akurat on ma na to ochotę. Nie mamy z nim jednak żadnych problemów, daje nam mnóstwo radości i powodów do śmiechu. Wydaje mi się, że jest u nas szczęśliwy i dobrze mu z nami. Myślę, że pojawienie się Jamesa w moim życiu było cudowną rzeczą i na pewno wyjątkowo udanym pomysłem na "prezent imieninowy".