Organizacja Pożytku Publicznego, Adopcja kotów - Wrocław
Login:
Hasło:

Winston [*]

W pracy nie samą pracą żyje człowiek, można czasami poznać bliżej swoich współpracowników. I tak się okazało, że koleżanka mojej przyjaciółki ma też dwa koty i wielkie serce. Wspierała nas zakupem kalendarzy, pierniczków i słuchała opowieści mojej przyjaciółki o takich, co kota na punkcie kotów mają :))

Raz zdradziła swoje marzenie, że chciałaby takiego "ruska" albo "bryta", ale to kiedyś, bo teraz nie ma warunków. I jeszcze, żeby to jakaś bida była. Ale los warunków nie uznaje. "Jest kot!" hasło od koleżanki z FA. Potrzebuje domu... Justyna, niewiele myśląc, pojechała po kota, resztę opowie sama.

Ja tylko starałam się jakoś podtrzymać na duchu w związku z trudnym początkiem. Miałam wyrzuty sumienia, kiedy dowiadywałam się, że znowu nalał... Bida bidą, ale czasami jest bardzo trudno. Justyna i Arek jednak nie poddali się, a Wiston? Zobaczcie sami na zdjęciach... [Wima]

Tekst i foto: Justyna i Arek

Sugar i Mokate, dwa argumenty, by pokochać koty.

Kiedy spotkałam mojego obecnego męża, w pierwszym dniu naszej znajomości wyznał mi "Nie lubię kotów". Byłam wtedy właścicielką dwóch pięknych kotek - zielonookiej orientalnej Sugar i niebieskookiej egzotycznej Mokate i pomyślałam, że Arek, mając takie poglądy, nie wie, co traci. Dni i tygodnie mijały, znajomość jednak kwitła i gdy Arek przyjechał do mnie, przywiózł ze sobą... prezent dla kotów.

"Dziewczynki", jak je pieszczotliwie dziś nazywamy, dostały ulubioną chudą cielęcinkę i zabawki do ciągania na sznurku. Na każdej wypchanej kocimiętka poduszeczce widniał napis: I love cats. Moje Dziewczynki, prawdziwe kocie damy, nie były jednak przekupne. Widząc obcego, dumnie wymaszerowały, a cielęcinka w pierwszej chwili pozostała nietknięta.

Arek jeździł do mnie 360 kilometrów przez wiele miesięcy. Znajomość z Dziewczynkami stopniowo nabierała rumieńców. Moje dumne kocicie, jak mi się zawsze wydawało - koty jednego właściciela (czyli mnie!) - szybko zaczęły Arka uwielbiać. Dla niego gry w "co mi zrobisz jak mnie złapiesz?", czyli zabawa w próbę: czy wystarczająco szybko cofniesz rękę, gdy kot w zabawie atakuje - były nowością i próbą zręczności, a blizny z przegranego pojedynku były mu niestraszne. Szybko nauczył się, że należy ustąpić miejsca, żeby kot mógł położyć się na stole, na kanapie czy na łóżku.

Pewnego dnia Dziewczynki zaczęły zwijać się w kłębek przytulone do niego i zaczęły zasypiać ułożone na jego torsie. Arek ani drgnął: spał na baczność lub wytrwale siedział z kotem na kolanach, by nie przerywać Dziewczynkom snu. We mnie największą wesołość budził jego zachwyt nad kocim pięknem: z gorliwością neofity Arek długie minuty kontemplował pozy przybierane w czasie, gdy Dziewczynki spały, biegały i skradały się, zachwycał się wygięciem w koci grzbiet lub wołał mnie z drugiego końca mieszkania, żeby pokazać , że... Sugar pije wodę. Ja, wytrawna kociara, miałam to na co dzień i nie zauważałam już ogromu kociego wdzięku. Dla niego, wielbiciela psów, fenomenem były kocie oczy lub wyciągnięta delikatna rączka. (Nie wiem jak Wasze, ale nasze koty mają ręce i nogi:))

Gdy po kilku latach zamieszkaliśmy razem, Arek okazał się fenomenalnym "ojcem". Z wprawą hodowcy kupował najlepszą karmę, osiatkował balkon jak zawodowy majster, na święta Dziewczynki zawsze dostawały zabaweczki, a gdy wracałam z podróży służbowych, zastawałam całą trójkę śpiącą w jednym łóżku: Dziewczynki na środku, Arek wygięty z boku. Arek nabrał też nowych upodobań estetycznych: stałym prezentem dla mnie było coś związanego z kotami: kalendarz ze zdjęciami kotów, album z kocimi rasami, książka z autentycznymi kocimi historiami.

Po kilku miesiącach sielanki nadeszły gorsze dni: Mokate była chora. Okazało się, że kocica, która w ciągu pierwszego roku życia, zanim do nas trafiła, zdążyła zmienić 3 właścicieli, błąkała się po ulicy i była oddawana do schroniska, ma poważnie uszkodzoną wątrobę. Latami leczyłam Mokate w związku z jej nieładną, liniejącą i filcująca się sierścią. W pewnym momencie, wycinając zbite kłęby sierści, ostrzygłam puchatą Mokate niemal na żołnierza.

Lekarze mieli różne hipotezy: grzybica, awitaminoza. Nasz wrocławski weterynarz polecił wykonać gruntowne badania i okazało się, że przyczyną problemów jest nieprawidłowe funkcjonowanie wątroby. Zaczęliśmy leczyć naszego cudnego Kota-Makota i wtedy Arek pokazał, na co go stać. Co drugi dzień, przed pracą, pakował kota do kontenera i jechali na zastrzyk. W domu Arek trzymał walczącego kota, a ja wstrzykiwałam lekarstwo do pyszczka albo pracowicie zawijaliśmy w polędwicę wołową proszek powstały ze zmiażdżonych tabletek. Stopniowo w czasie 6 tygodni Mokate piękniała: sierść odrosła i zrobiła się atłasowo gładka, błękitne oczy nabrały blasku, a cały kot wyraźnie odżył: Mokate biegała po domu i balkonie i wyraźnie rozsadzała ją energia.

Wtedy życie poddało nas najcięższej próbie - w naszym domu pojawił się Winston Churchill. Winston Churchill, kot mojego Arka. W przeciwieństwie do Sugar i Mokate, które pojawiły się w naszym domu, bo trzeba je było wziąć, bo nikt inny ich nie chciał, Winston był kotem wybranym. W każdym razie częściowo wybranym. Arkowi, który, jak się okazało, uwielbiał koty, tylko po prostu wcześniej o tym nie wiedział, szczególnie podobały się koty niebieskie brytyjskie i rosyjskie. Kiedy Wima pewnego dnia wysłała do nas informację, że bezdomny kot w typie brytyjczyka błąka się po Biskupinie, zdecydowaliśmy się natychmiast. W każdym razie ja się zdecydowałam, a Arek protestował i nawoływał do rozsądku na tyle niegroźnie, że uznałam, że chce być przekonany. Kot był półdziki. Przychodził czasem jeść i spać do pani mieszkającej w jednym z domów, ale większość życia spędzał buszując po ogródkach i chowając się przed ludźmi, którzy rzucali w niego kamieniami.

Przyjechaliśmy z kontenerkiem i wtedy pojawił się pierwszy problem: Winston, nazywany roboczo przez opiekunkę "Niebieski" wcale nie chciał być złapany. Uciekał, chudy i dziki, lekko syczał na swoja opiekunkę i próbował schować się za lustrem. Staliśmy nie wiedząc, co zrobić, obserwowaliśmy bezradnie pogoń za wystraszonym kotem, aż w końcu zawstydzona swoim brakiem pomocy, schyliłam się po niego, spodziewając się, że zaraz się wymknie. Tymczasem Winston dosłownie wpłynął mi w ramiona. I spojrzał na mnie bursztynowymi oczami. Bez protestów dał się wsadzić do transportera i zawieźć do weterynarza. Tu przeżyliśmy pierwszy szok: Winnie okazał się prawdziwym brytem, mającym wszelkie cechy rasy! Oceniła go tak pani weterynarz, mająca własną hodowlę kotów brytyjskich. Okazał się też zdrowy, tak, że mógł zamieszkać z naszymi Dziewczynkami. Arek wymyślił mu imię - nazwał go Winston Churchill, bo w końcu to prawdziwy brytyjczyk! Zawieźliśmy kota do domu, wzięłam urlop w pracy i nastawiłam się na nawiązywanie znajomości z Winstonem.

Przez pierwszą dobę Winston, ja, szyneczka oraz witaminki Gimpet próbowaliśmy zbliżyć się do siebie. Podsuwałam szyneczkę pod sam stalowy nos, Winston jednak siedział po łóżkiem i udawał, że go nie ma. Minęła tak doba - Winston nie wyszedł nawet na chwilę, nie jadł i nie pił. W końcu wychynął. Jak zaszczuty zwierz, blisko ściany, rozpłaszczony na przygiętych nogach biegał po domu, zwiedzając teren. Gdy wpełzł z powrotem pod łóżko, okazało się, że nie tylko biegał. Także znaczył teren. Sugar, Mokate, Arek i ja byliśmy skonsternowani. Dziewczynki zawsze, po prostu zawsze, korzystały z kuwety. Sugar została tego nauczona w dzieciństwie przez swoja kocią mamę, Mokate przyszła do nas do domu i zaczęła korzystać z kuwety od razu, co nie było dla mnie żadnym zaskoczeniem - ja po prostu nie wiedziałam, że może być inaczej.

Winston natomiast nie poprzestał na powitalnym dziarskim obsiku mieszkania. Winston lał codziennie. Wszędzie. Na kanapę. Na podłogę. Na dywanik w łazience. Do wanny(!) . Szybko zyskał wdzięczne miano Winstona Zaszczańca. Każdego dnia z drżeniem wracaliśmy z pracy, zastanawiając się, co zastaniemy. A chłopak miał fantazję i konsekwentnie nie był zainteresowany kuwetą, choć używaliśmy różnych sposobów (własna kuwetka Winstona, kuwetka na balkonie, kuwety w każdym pomieszczeniu, kuweta zamknięta, kuweta otwarta, prostokątna, narożna, zanoszenie kota na żwirek, zajadłe grzebanie w każdej kuwecie w celu natychmiastowego oczyszczenia po każdym kocie, żwirek drewniany, żwirek bentonitowy...).

Winston tymczasem w ramach wystawiania nas na coraz straszniejsze próby, zaczął zostawiać malownicze kupy. We własnym domu poruszaliśmy się ostrożnie, uważnie patrząc pod nogi. Walczyliśmy z Winstonem kilka tygodni. Nasza, skórzana na szczęście, kanapa stała ubrana w pokrowiec, który konsekwentnie prałam i płukałam, pozbyliśmy się dywaników łazienkowych, myliśmy do upadłego zalane przez Winstona miejsca i przede wszystkim - nie sekowaliśmy kota. No, dobrze, mówiliśmy do niego "Leju" i "Zaszczańcu". Nie mogliśmy się powstrzymać. Tłumaczyliśmy sobie, że on, jako brytyjczyk, i tak nie rozumie. Ale nie karaliśmy, nie krzyczeliśmy, tylko prowadziliśmy do kuwetki.

Z czasem zaczęło być lepiej. Winner, po kilku dniach zrobił się mniej konsekwentny. Od czasu do czasu jakby od niechcenia zahaczył jednak o kuwetkę. Potem było jeszcze bardziej niesamowicie: wracaliśmy z pracy i choć biegaliśmy po domu, wytrwale obwąchując podłogę, rogi pokojów, kanapę, poduszki, nic nie było znaczone! Winston siedział w tym czasie i obserwował nas z niewinna miną okrągłymi bursztynowymi oczami z niebotycznym zdumieniem. Dzisiaj mieszkamy z Winstonem pod jednym dachem już blisko rok. I o tym, że kiedyś były z Winstonem takie problemy niedawno przypomniała mi Wima. Winstona teraz ten problem po prostu nie dotyczy!

Co naturalnie nie znaczy, że nie dotyczy go inny problem: jedzenie. Winston jest jak odkurzacz: je wszystko, co widzi, w dowolnych ilościach. W połączeniu z faktem, że Sugar odżywia się niemal wyłącznie upiornie drogą ligawą wołową, a Mokate - witaminami z tauryną, daje to przerażający efekt. Gdy zwołuję całą trójkę na śniadanie i sypię karmę suchą oraz odrobinę saszetki na szklany talerzyk, Dziewczynki wąchają i odchodzą z godnością, Winner natomiast wylizuje wszystkie trzy talerzyki i przechodzi do miseczek z suchą karmą. Kompulsywnie łyka wszystko, pamiętając okres głodu w swoim życiu. Chudy niegdyś kot wygląda obecnie jak skrzyżowanie gruszki klapsy z biodrzastym faraonem Echnatonem. Obecnie cała trójka jest na diecie - po prostu jedzenie pojawia się w określonych porach, w małych ilościach i nieustannie pilnujemy, kto co zjadł. Jak trzeba, interweniujemy: konsekwentnie odstawiamy Winnera od misek Dziewczynek. Dziś Winnie jest cudownym kotem: ufnym, mądrym, umiejącym się bawić, śpiącym z nami w jednym łóżku, pokazującym brzuszek w geście całkowitego zaufania. Zwłaszcza, że jest co pokazywać: brzuszek wybujał Winstonowi podobnie jak zaufanie:)


Niestety musimy dopisać smutny koniec do tej historii. W grudniu Winston odszedł za Tęczowy Most. Przyczyną śmierci była niewykryta wcześniej wada serca. Oto ostatnie zdjęcia niebieskiego misia: