Organizacja Pożytku Publicznego, Adopcja kotów - Wrocław
Login:
Hasło:

Białasek

Było to we wrześniu 2007 roku. Kocur jako mały kociak miał wiele szczęścia, jego mądra mama schowała go tak, że nie zdążono go wraz z rodzeństwem znaleźć zanim otworzyli oczka i w ten spsób zostali ocaleni przed utopieniem. Jak dobrze, że ci ludzie wykazali się tak "wielkim sercem". Jak kociaki podrosły stały się uciążliwe, bo dużo jadły więc trzeba było się ich pozbyć. Dowiedziałam się o nich od rodziny, zorganizowałam domek tymczasowy który przyjął cały miot złożony z dzikich kociąt. Kocurek szybko znalazł nowy domek, niestey był w nim królik, nowi opiekunowie nie dopilnowali ich wzajemnych zabaw co nie skończyło się dobrze dla królika i kocurek wrócił z adopcji. Czekał, czekał aż w końcu trafił się dobry domek w którym mieszka do tej pory. [Nataleczka]

Tekst i foto: Barbara Werner

Na początku lutego 2008 roku dojrzałam do tego, by przygarnąć kotka. 4 lata trwała moja żałoba po kotce Tusi, która odeszła przez niechęć i złość bliskich mi osób. Przeszukując internetowe ogłoszenia o adopcji kotków, natknęłam się na stronę Fundacji Kocie Życie. Spośród kotków, które szukały swojego nowego miejsca na świecie, zauroczył mnie od pierwszej chwili Białasek, wówczas 4 miesięczne kocię. Kilka dni później był już z nami. Szybko polubił nowy dom, cierpliwie znosił pieszczoty ze strony mojego 4-letniego synka. Do dzisiaj jest zdrowym, pogodnym i uroczym kotkiem, który nie gryzie ani nie drapie. Jest bardzo rozmowny :) i uwielbia pieszczoty. Nie czuje strachu przed nieznanymi ludźmi, nowo przybyłym ładuje się na kolana i domaga się głaskania :) .

Jedyne chwile grozy przeżyliśmy we wrześniu 2008 roku, kiedy to wyjeżdżaliśmy na urlop a Białas został oddany "na przechowanie" do znajomego, zapalonego kociarza. Uciekł w dzień naszego powrotu, przez otwarty lufcik, znajdujący się pod sufitem, z mieszkania na pierwszym piętrze. Obszukaliśmy osiedle, nigdzie nie było ani śladu naszego Białaska. Opłakaliśmy go wszyscy - nie chciało się nikomu wracać do domu, gdzie nie witało nas wesołe miauczenie... Po 8 dniach, zupełnym przypadkiem, natknęliśmy się na niego 100 metrów od bloku, w którym mieszkamy. Zapchlonego, brudnego i pogryzionego zabraliśmy do weterynarza - tam nastąpiła seria codziennych zastrzyków, zakraplania oczu, uszu, usuwania pcheł. Kotek szybko doszedł do siebie, a miesiąc później został wykastrowany.

Mimo wszystkich przeżyć i zabiegów pozostał wesołym i skorym do zabaw kotkiem. Codziennie wita nas, wracających z pracy, utęsknionym i przepełnionym miłością "miau!